Tytułem wstępu
Jesteśmy z wizytą u Ivana Čolovicia, wybitnego serbskiego intelektualisty, dysydenta, antropologa i etnologa, tłumacza z francuskiego, wydawcy znakomitej (antropologicznej i nie tylko) Biblioteki XX wieku, a przede wszystkim eseisty o wspaniałym, niezwykle przejrzystym stylu myśli i pióra.
Jesteśmy na Vračarze. To najmniejsza, a jednocześnie najbardziej zaludniona dzielnica belgradzkiego śródmieścia. Panuje tutaj, niezwykły jak na to miasto, urbanistyczny porządek. Wysokie kamienice i regularne kwartały ulic to zasługa pobożnego Szkota ewangelickiej proweniencji, Francisa MacKenziego, który pod koniec XIX w. narzucił budowniczym Belgradu wielkomiejski order. Kontynuował dzieło księcia Miłosza Obrenovicia, który kilkadziesiąt lat wcześniej postanowił zerwać z ciasnotą tureckiej architektury i zamienić miasto w europejską stolicę.
To właśnie tutaj, na jednym z zaułków znajduje się pięciopiętrowa, szara kamienica z otwartą na miasto kawiarnią. Z wejściem tuż obok stolików i foteli niewielkiej kawiarni, która tego kwietniowego, rześkiego poranka rozbrzmiewa dźwiękami hałaśliwej młodzieży. Ich krzyki i wrzaski dochodzą do przytulnego salonu człowieka, którego tylko pozornie nic nie łączy z wielkimi budowniczymi stolicy Serbii.
Poniżej kilka najważniejszych wątków z przeprowadzonego wywiadu [niekiedy opatrzonych naszym komentarzem]:
Język a polityka
IVAN ČOLOVIĆ: Kiedy w czasie wojny w Bośni utworzono w Pale Instytut języka i literatury, jego dyrektor przedstawił założenia reformy języka serbskiego, która zasadniczo sprowadzała się do wykreślenia wszelakich „turcyzmów”. Napisałem wówczas krótki tekst, zatytułowany „Bracia Serbowie, wszyscyśmy po trochu Turcy”. Zasadniczo nie wyraziłem w nim sprzeciwu wobec reformy, jedynie pozwoliłem sobie zwrócić uwagę na „pewne niedogodności”. W tym zwłaszcza na konieczność wyeliminowania pewnych nazwisk. Bo czyż taki purytanizm nie doprowadziłby do eliminacji ówczesnego prezydenta Federalnej Republiki Jugosławii, Dobricy Ćosicia, zakwestionowania sławetnego rodu lidera bośniackich Serbów, Radovana Karadzicia, a nawet pozbawienia nazwiska dyrektora tegoż Instytutu.
Jugonostalgia
IVAN ČOLOVIĆ: Wczoraj wyemitowano film o największym jugosłowiańskim zespole „Bijelo dugme”. Przypomniano, iż w 1986 roku cały kraj śpiewał ich piosenkę „Pluń i śpiewaj, Jugosławio”. Wszyscy znali na pamięć jej refren: „Powstań Jugosławio, śpiewaj, niech cię słyszą/ kto nie słucha pieśni, słuchać będzie pięści”. Wszyscy wówczas wierzyli, że stanowią jugosłowiańską jedność.
To o czym teraz z taką starannością stara się zapomnieć, to fakt, że w Jugosławii było niegdyś bardzo wielu „Jugosłowian”. W tym kontekście niezwykle ciekawa była obserwacja ludzi, którzy początkowo oddawali cześć Ticie, wylewali morze łez po jego śmierci, by chwilę później diametralnie zmienić poglądy i stać się zagorzałymi nacjonalistami. Czy to moc środków przekazu, telewizji? Osobiście uważam, że ludzie są z zasady praktyczni, robią to, czego się od nich oczekuje. A to co mają w duszy, co tak naprawdę myślą, nie ma znaczenia. Człowiek jest przede wszystkim pragmatyczny. Postępuje i mówi, co się od niego oczekuje. Dlatego jeśli jakiś dziennikarz zapyta na ulicy: co się myśli o tym albo o tamtym, pytany poczuje napór i odpowie zgodnie z oczekiwaniami dziennikarza. I to właśnie jest największą bronią propagandy. Jestem wielkim sceptykiem w odniesieniu do wartości niezależnego myślenia u ludzi. Myślę, że posiada znikomą wartość praktyczną. Zbyt wiele kosztuje, i rzadko kto się na nie skusi, a jeśli już, to płaci wysoką cenę. Tak więc, z pragmatycznego punktu widzenia niezależne myślenie jest mocno przecenione (śmiech)…
Jestem wielkim sceptykiem w odniesieniu do wartości niezależnego myślenia u ludzi. Myślę, że posiada znikomą wartość praktyczną.
[Wydaje się, że już w czasach, gdy pisał artykuł o turcyzmach, w 1992 lub 1993r., Čolović był wystarczająco dojrzały (rocznik 1938), by zacząć myśleć o zbliżającej się emeryturze, a nie stanąć przed najważniejszym w życiu wyzwaniem. Codziennie, początkowo ze zdziwieniem i zainteresowaniem, a następnie z przerażeniem, obserwował narastającą ksenofobię i nienawiść do wszystkiego, co nie stanowi części „jego narodu”. Na własnej skórze doświadczał sytuacji, o których jako etnolog i antropolog w innych czasach i warunkach mógłby tylko pomarzyć. Nie chciał, nie mógł przyjąć postawy zimnego naukowca. Zaczyna pisać. W 1993r. wydaje świetny, pełen czarnego humoru zbiór esejów Żołnierski burdel (Burdel ratnika), odkrywa mechanizmy narodowo-wojennej propagandy reżymu Miloševicia. Później powstają kolejne pozycje rozprawiające się z „toposami serbskiego mitu etnonacjonalistycznego”, z których najbardziej w Polsce znana to Polityka symboli.
Żyjący na obczyźnie pisarz Bora Ćosić napisał, że „przecież ludzie tutaj urodzeni są jedynie dziedzicami zarówno majątku mierzonego w kilometrach kwadratowych, jak i długiego rodowodu poprzednich mieszkańców, właścicieli, gospodarzy tych terenów, którzy najczęściej byli cudzoziemcami. Ale człowiek i tak jest cudzoziemcem na planecie Ziemi, na której zjawił się nie wiadomo skąd”. Takie ujęcie, nazwijmy je „proeuropejskim”, przyświecało laureatowi honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego (Čolović otrzymał go w maju 2010) w czasie pisania książek i nieustannie ponawianych wysiłków zmierzających do wyjaśnienia rzeczywistego stanu rzeczy. Co, biorąc pod uwagę obecną perspektywę Europy i świata, wydaje się zadaniem coraz bardziej potrzebnym, ale też coraz trudniejszym.
W czasie przemówienia po otrzymaniu honoris causa Colović powiedział: „Ludzi, którzy w Polsce interesują się naszym krajem, podzieliłbym na dwie grupy: pierwsza uważa, że komunizm mógł być lepszy, podobny do tego w Jugosławii, druga że postkomunizm może być lepszy niż w krajach postjugosłowiańskich”.
Moim zdaniem istnieje jeszcze trzecia grupa – ludzie, którzy, jak my, nie możemy zrozumieć, dlaczego kraj (Serbia), w którym z dumą oświadcza się, że nożem i widelcem jadło się przed resztą Europy (skąd my to znamy), w dalszym ciągu tkwi w specyficznym marazmie, nie może się wydostać z okopów przeszłości. Między innymi odpowiedzi na to właśnie pytanie szukaliśmy w przytulnym belgradzkim mieszkaniu.]
Obecna sytuacja polityczna w Serbii
IVAN ČOLOVIĆ: Niestety w Serbii mamy w dalszym ciągu do czynienia z siecią tych samych powiązań, koterii, wielkich sił, które zwarły szeregi i nie dopuszczają prawdziwych przemian. Nadal panuje przekonanie, że Serbia została do wojny wplątana, że najwięcej straciliśmy my, Serbowie, że znowu było wystarczająco dużo bohaterskich synów „niebieskiego narodu”, by powstrzymać faszystowski (czytaj: chorwacki) i turecki (bośniacki) napór i stworzyć jednolite serbskie terytorium. Ta warstwa tłumaczenia niedawnej historii Serbii jest ciągle najsilniejsza. Reprezentują ją i ugruntowują największe autorytety: cerkiew, SANU [Serbska Akademia Nauk i Sztuk] i wielkie partie polityczne, nie wyłączając rządzonej przez Tadicia Partii Demokratycznej. Rządząca ideologia jest konserwatywna, poniekąd ekstremalnie prawicowa. Serbia jest krajem narodu serbskiego. To na pewno nie są koncepcje państwa obywatelskiego.
I to się widzi w polityce. Przywódcy partyjni jednocześnie mówią: Europa i nie-Europa, Rosja – Europa, Bośnia i Dodik itd. Swoisty konglomerat idei, który powoduje, że Serbia stoi w miejscu. Poglądy, że polityka była zła, że trzeba budować nową Serbie i wejść do Europy, są w mniejszości.
Uważam, że mamy teraz stan stabilnej niestabilności. Doszło do swoistej konsolidacji, do wzajemnego powiązania i pogodzenia się elit. Partie pomiloševiciowskie i nowe, tworząc koalicję, odnalazły wspólny interes. Kompromis.
Przeszkody
IVAN ČOLOVIĆ: Główne problemy Serbii związane są z niechęcią do samookreślenia granic. I nie dotyczy to tylko Kosowa, ale i Republiki Serbskiej, która nie chce uznać istnienia wspólnego państwa z Federacją Bośni i Hercegowiny. To są pozostałości wojny, których rozwiązanie wymaga czasu. Z tych samych względów Serbia nie może też liczyć na zagraniczny kapitał. Nikt nie zainwestuje w kraju, który nie ma do końca określonej granicy, gdzie niemal każdy jej skrawek może stanowić zarzewie nowego konfliktu. Nie widzę szansy na zdecydowane zmiany, ponieważ władające partie w istocie są reprezentatywne dla serbskiego społeczeństwa. Jedyne co może, co musi się zmienić, to zrozumienie, że Kosowo nie jest już częścią Serbii. Ale to może potrwać jeszcze 10-20 lat, tyle samo ile wejście Serbii do Unii Europejskiej.
Zresztą ciekawe będzie podejście samej Unii Europejskiej do członkowstwa Serbii we wspólnocie. Czy nie będzie chciała tutaj utrzymać swoistej „tampon zony”?
Przyszłość
IVAN ČOLOVIĆ: Co z przyszłością? Gatunek ludzki, by przetrwać, potrzebuje przynajmniej minimum nadziei. A gdzie jej szukać w kraju, którego pożywką przez długie lata były polityczna hucpa i zakłamanie? Gdzie z jednej strony gazety codziennie piszą o zabójstwach, bezkarnych ekscesach kibiców, ociężałym systemie sprawiedliwości, recesji, braku perspektyw? A z drugie nieustannie trąbią o kolejnych sukcesach władzy, takich jak wprowadzenie najbardziej nowoczesnego w Europie systemu informacji podatkowej (równego albo nawet lepszego od duńskiego!), odbudowaniu wieży telewizyjnej Toranj lub innych równie „istotnych” zwycięstwach.
Co do przyszłości lubię cytować zagrzebskiego filozofa, Žarko Puhovskiego. Podczas pewnej konferencji, w której uczestniczyli przedstawiciele różnych kościołów, przedstawiciel protestantów oznajmił, że wystarczy stosować się do 10 przykazań, a nie będą potrzebne żadne inne normy moralne.
Na co filozof opowiedział: wśród przykazań jest jedno, które mówi, by nie pożądać żony bliźniego swego. A co, jeśli ktoś pożąda mojej żony, ale jej nie dotknie? Można mieć różne idee, potrzeby, konieczności, myśli, np. że mnie zabijesz i zajmiesz moje miejsce obok mojej żony. Jednakże to będzie twoja prywatna sprawa dopóty, dopóki nie zaczniesz działać. Bycie cywilizowanym oznacza powściąganie swoich żądz. Mamy żyć razem, a nie oczekiwać, że wszyscy będziemy się kochać. Kiedy się spotkamy, musimy wiedzieć, gdzie jest nasze miejsce. To dla mnie pewna platforma, konieczne minimum. Trzymajmy się tego podstawowego porządku. Ja nie lubię nacjonalistycznych tonów, ale nie ma żadnego kraju na świecie, w którym nie byłoby ekstremalnych głosów, i należy dać swobodą takim ruchom, dopóki nie przekroczą pewnych granic. Musimy z tym po prostu żyć.
[Wywiad przeprowadzono w kwietniu 2010 roku. Niestety, mimo zmieniających się warunków politycznych, główne problemy Serbii pozostają te same, a nawet się pogłębiają.]
