Muzeum kiczu

Powrót do Zagrzebia

Jarek Ronek - Redaktor prowadzący
130 oglądających
6 min. czytania

W połowie długiej i eleganckiej ulicy Pavle Radicia mieści się Muzeum Zagrzebia lat 80. W niepozornej i starej kamienicy. Z wejściem na wprost pomnika Św. Jerzego, który z bliska bardziej przypomina Don Kichota niż męczennika. Na pięknym koniu, z lancą zawieszoną na zgięciu prawej ręki, spogląda w dół nieobecnym wzrokiem. Albo z rezygnacją – co chyba bardziej pasowało do miasta, w którym od pierwszej chwili nic, ale to nic ci się nie podobało. Ani neogotyckie kościoły, ani piękne parki. Ani nawet rzeźby Meštrovicia, przed którymi gdzie indziej drżałbyś z uciechy. Zamiast zachwytów, tylko stękania i narzekania: na bezsensowny układ ulic, na zbyt wysokie albo strome schody. Biadoliłeś i jojczyłeś niczym jakiś pomylony albo zmanierowany turysta. Chociaż w porównaniu z innymi stolicami „starej Jugosławii” – choćby Belgradem czy Sarajewem – stolica Chorwacji była raczej schludnym i przyjemnym miejscem. Nie tak problematycznym. Ale co zrobić – takie kapryśne i niepewne były te twoje bałkańskie przyjaźnie: nigdy nie wiadomo, czy przerodzą się w dozgonną miłość, czy też rozpadną niczym budowane na słabych fundamentach zamki z piasku.

Dlatego nagła decyzja, by zostawić przeludniony i głośny plac Bana Jelačicia i wspiąć się na cichy i pamiętający średniowiecze Kaptol, niejako przy okazji odwiedzając muzeum, wydała ci się całkiem do rzeczy, by nie powiedzieć odpowiednia.

W przestronnym przedpokoju – muzeum mieściło się w zaadaptowanym mieszkaniu – było tłoczno i głośno. Małe dzieci podskakiwały wokół starającej się zachować porządek przedszkolanki. Siwiuteńki staruszek medytował nad kupnem lodówkowego magnesu ze św. Josipem Brozem (tutaj uchwyconym na eleganckim leżaczku nad morzem). Kilku chińskich turystów, wzajemnie się przekrzykując, domagało się rachunku za bilety. Jedynie pani za kasą była spokojna. Do wszystkich mile się uśmiechała, a kiedy spytałeś o kierunek zwiedzania, wzruszyła lekko ramionami i skinęła głową w stronę zawieszonego na ścianie reklamowego bon motu:

„Bez przewodnika, bez barierek, bez jedwabnych sznurów czy szklanych witryn”.

I rzeczywiście – miejsce nie przypominało muzeum. Przedmioty mrowiły się i pleniły niczym karaluchy w dawno porzuconym mieszkaniu. Z otwartej szafy wyłaziły damskie fatałaszki. Na podłodze walały się plastikowe i drewniane zabawki. Wyłożona dziurawym suknem deska czekała na pogniecione ubrania. Zaś kuchenne blaty kusiły paletą sztucznych, kolorowanych „wypieków”. Jakby wszystko zastygło w oczekiwaniu na gospodarzy, którzy zaraz wrócą i posadzą drogich gości na wytartych brązowych fotelach, by zaraz podać kawę przy małych stoliczkach.

Dużą część przedpokoju zajmował szeroki blat zastawiony kalkulatorami, zeszytami w kratkę i linię oraz pomniejszym kancelaryjnym szpargałem. Stała na nim przenośna maszyna do pisania Olympia Traveller. A w niej kartka papieru. Opadała w twoją stronę niczym człowiek zmęczony długą podróżą. Nacisnąłeś dźwignię, przesuwając linię na czyste miejsce. Jak to inteligencki mądrala przypomniałeś sobie, jak Hemingway kiedyś powiedział, czy raczej napisał, że maszyna do pisania „nadaje solidność zdaniom, nim dojrzały, żeby je drukować”. I znowu stuknąłeś kilka razy, dokładnie cztery, pozostawiając swój ślad w postaci niezbyt eleganckiego słowa.

Zwiedzający czuli się tutaj bardzo swobodnie. Jakiś młodzieniec założył sobie na szyję „gruby szal” z lisa i pozował do zdjęcia z miną gangstera. Inny rozłożył się na brązowej kanapie i głośno komentował panie z „różowego” pisemka. Można było założyć kożuch lub czapkę, przymierzyć się do łóżka w sypialni albo rozłożyć na dywanie. Nikt nikogo nie łapał za rękę, nikt nie prosił o ciszę.

Poza tym muzeum było bardzo wesołe, choćby nie było w nim żadnej wojny, zwłaszcza tej ostatniej, z końca dwudziestego wieku. Nie straszyły żadne nacjonalizmy, wzniosłe uczucia do ojczyzny, fanfary i wieńce „ku chwale i pamięci”. W powietrzu nie unosił się duch tonącego w nieszczęściu świata.

Nie mogłeś rozgryźć tego miejsca. Albo to jakaś pokrętna razbibriga, dziecięca zabawa, albo przemyślna lekcja historii – swoista Jugosławia for dummies. A może – co najbardziej do ciebie przemawiało – przejaw tęsknoty za latami, kiedy wszystko było jeszcze czyste i proste.

I wtedy ją zobaczyłeś. Stała na półce w prowizorycznym składziku. Wśród kasz, puszek Cedevity i niemieckiej chemii z Triestu. Wprasowana między okrągły pojemnik po brzoskwiniach i wielką puchę po „domowym świńskim szmalcu”. Metalowa prostokątna puszka po Vegecie z uśmiechniętą Japonką i kwiatami wiśni na tle lazurowego nieba. Dokładnie taka, z jakiej korzystała moja babcia. Nana. Również w czasie twojej pierwszej i ostatniej wizyty u jej brata w Zagrzebiu. W osiemdziesiątym piątym albo szóstym. Kiedy, mimo zmęczenia długą podróżą z Warszawy, naprędce przyrządziła moją ulubioną potrawkę z papryki, dorzucając szczyptę Vegety oraz porządny stosik miejscowych („nareszcie”, westchnęła z niepojętym szczęściem) pomidorów. Przez okna małej kawalerki na ósmym piętrze nęciły dźwięki i blaski elektryzującej metropolii. W środku zaś było cicho i spokojnie. Wszystko, co najgorsze miało dopiero nadejść. Śmierć babci, wojny, zawieruchy i emigracje, całe obłąkanie i rozpad Jugosławii – wszystko to było jeszcze przed wami.

Ale do tego nie chciałeś przecież wracać. Szukałeś zupełnie czegoś innego. Z czego zdałeś sobie sprawę dopiero teraz, widząc czerwoną szkatułkę po dawno zapomnianej przyprawie.

Ponownie spojrzałeś na maszynę do pisania i w przypływie tajemniczego impulsu wystukałeś kilka słów do Nany. Po czym szybko wyciągnąłeś kartkę z bębna, schowałeś do kieszeni i żwawym krokiem ruszyłeś w stronę piękniejącego za oknem Zagrzebia.

Tagi
Podziel się artykułem
Redaktor prowadzący
Obserwuj
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum